O sztuce żegnania się i o zakończeniach

Zaryzykuję stwierdzeniem, że nie jesteśmy uczeni, jak się żegnać.
W kulturze nastawionej na zdobywanie, rozwój, działanie – końce często bywają przemilczane, owiane tajemnicą, a czasem lękiem. Skupiamy się na tym, co nowe, szukamy inspiracji, kontaktu, rozpoczęcia, a to, co się kończy, czasem możemy traktować jak porażkę albo niewygodny temat. Tymczasem sposób, w jaki kończymy, bywa równie ważny jak to, jak zaczynamy.


Człowieka poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale po tym, jak kończy.

To zdanie może brzmieć banalnie dopóki nie przyjrzymy się temu, jak naprawdę żegnamy się z ludźmi, z miejscami czy z doświadczeniami. Końce bywają niewygodne, niosą w sobie coś ostatecznego, czasem bolesnego. Ale to właśnie w zakończeniu często zawiera się prawda o relacji – o tym, co zostało między nami, co było autentyczne, a co pozostało przemilczane.
W relacjach, również terapeutycznych, moment pożegnania to coś więcej niż techniczne zamknięcie procesu. To okazja do refleksji, zatrzymania się, zauważenia drogi, którą przeszło się razem.

Ale to też moment, który może budzić lęk.
💭 Lęk przed reakcją terapeuty.
💭 Lęk przed utratą kontaktu, przed tym, co będzie dalej.
💭 Lęk przed byciem porzuconym – szczególnie, jeśli w przeszłości doświadczyło się nagłych, bolesnych rozstań, emocjonalnej niedostępności czy relacji kończonych milczeniem.

Czego możemy się nauczyć ?

W terapii często uczymy się, że zakończenie nie musi być równoznaczne z porzuceniem.
Nie musi odtwarzać dawnych, trudnych doświadczeń.
Można się żegnać z szacunkiem, łagodnie, uważnie, z uznaniem dla tego, co się wydarzyło i co zostało wspólnie zbudowane.

To niełatwe.
Bywa, że ludzie noszą w sobie niepewność, czy mogą już odejść. Albo przeciwnie, chcą przerwać proces szybko, w odruchu obronnym. Wtedy warto przyjrzeć się temu, co się pojawia:
🔹 Czy to potrzeba zakończenia, bo czuję się gotowy/gotowa?
🔹 Czy z jakiegoś powodu nie potrafię wnieść swojej frustracji na proces / na terapeutę?
🔹 Czy to lęk, że jeśli zostanę jeszcze chwilę, to coś się wydarzy – coś trudnego, nie do uniesienia?
🔹 Czy to echo dawnej relacji, w której to ja zawsze byłam/em zostawiany/a?

Dla wielu osób, zwłaszcza tych, które noszą w sobie doświadczenie odrzucenia lub którym trudno jest podejmować decyzje, ważne i zarazem terapeutyczne bywa to, by to one same wniosły temat zakończenia.
To właśnie bycie stroną, która coś kończy, daje nowy rodzaj sprawczości, odwagi i wpływu na relację.
Bo to przecież trudne być w relacji, która z założenia ma swój koniec w czasie i nie wiedzieć, kiedy ten koniec nadejdzie.
Trudno jest pozostawać w ciągłym napięciu i lęku, że „to zaraz się stanie”, że „to terapeuta zdecyduje”, że znów zostanę sama / sam, bez uprzedzenia.
Dlatego rozpoznanie tego lęku i przyniesienie go do wspólnej rozmowy może być czymś niezwykle ważnym. Bo zamiast biernie czekać, aż coś się wydarzy – można to współtworzyć.


Zakończenie terapii to moment decyzyjny, ale to także przestrzeń na rozmowę o rozstaniu: o lęku, który się pojawia, o myślach, o wewnętrznym konflikcie.
Zamiast działać pod wpływem impulsu, można przyjść z tym do relacji terapeutycznej i sprawdzić, czy ten lęk jest dziś adekwatny.
Czasem wystarczy, że zostanie zauważony, nazwany i przyjęty.
Bo to też część procesu aby przeżyć relacyjne pożegnanie inaczej, niż się go znało.


Zamknięcie terapii nie musi być odcięciem.
Może być domknięciem z uznaniem dla siebie, dla procesu, dla drugiego człowieka.
Może być doświadczeniem, które zostaje na długo jako dowód na to, że można kończyć z uważnością, nie zrywając więzi w bólu czy chaosie.
Że można się rozstać w kontakcie, w prawdzie i z otwartymi oczami.

To ważne, bo takie zakończenia budują nowe ścieżki. I sprawiają, że kolejne relacje w życiu mają szansę toczyć się inaczej.

Podobne wpisy